czwartek, 8 grudnia 2016

Co za dużo, to niezdrowo: o "Małym życiu" Hanyi Yanagihary

 3/6

Zmęczyłam Małe życie. Dawno nie czytałam powieści aż tak długo, a jednocześnie tak nieregularnie: początkowo normalnym tempem, potem coraz wolniej, z dłuższą przerwą po 40% tekstu (Litości, dopiero czterdzieści procent?! Nie mogę. Może lepiej przerwać...?), by wreszcie, po powrocie do lektury, doczytać ją do końca szaleńczym sprintem. Motywację do sprintu miałam podwójną i tak sobie myślę, że doskonale odzwierciedla ona mój ambiwalentny stosunek do Małego życia jako takiego: trochę było w niej ciekawości i przejęcia losami bohaterów, ale równie dużo znudzenia, irytacji i przemożnej chęci zostawienia tej lektury za sobą. Tak, należę do tej mniejszości, której Małe życie nie zachwyciło, którą zdumiewa medialny szum wokół tej pozycji i niezliczone pięciogwiazdkowe recenzje. I o ile nie mogę powiedzieć, że historia opisana przez Yanagiharę pozostawiła mnie całkowicie obojętną, to jednak mam do niej spore zastrzeżenia.

Głównym bohaterem Małego życia jest niejaki Jude St. Francis oraz troje jego przyjaciół: Willem, Malcolm i JB (i już do tego zdania mogę podpiąć dwa zastrzeżenia... ale porządek musi być, coby mi się to wszystko zupełnie nie rozjechało). Fabuła rozciągnięta jest na ponad 30 lat, podczas których towarzyszymy naszym bohaterom (ekhm, ekhm) w codziennych zmaganiach, obserwujemy rozwój ich karier, wzajemnych relacji, ich kryzysy i mozolne wychodzenie z nich (albo, ekhm ekhm, nie). Po kilku początkowych rozdziałach staje się jasne, że to Jude ma tu największy potencjał powieściowy: zamknięty w sobie, nieufny, nie chce opowiadać o swojej przeszłości i wyraźnie skrywa jakąś tajemnicę, której nikt, nawet najbardziej zaprzyjaźniony z nim Willem, nie jest w stanie z niego wydobyć. Zgodnie z przewidywaniami, z czasem fabuła zaczyna kręcić się wokół niego i jego przeżyć. Dla przyjaciół Jude nadal pozostaje zagadką, ale czytelnik stopniowo poznaje kolejne fragmenty jego dramatycznego dzieciństwa i wczesnych lat nastoletnich. Równolegle może obserwować, jak bardzo dorosły Jude nie radzi sobie z traumą sprzed lat, jak bardzo wykrzywiona jest jego samoocena (nawet nie zaniżona, a właśnie wykrzywiona; to, jak Jude odbiera sam siebie, nie mieści się w żadnej skali).  

Małe życie porusza trudny i ważny problem: nie tylko (ewentualny spojler?) pedofilii i dziecięcej prostytucji, ale też jej długofalowych, ciągnących się za ofiarą latami, tragicznych skutków. Entuzjastyczni recenzenci piszą nieodmiennie o emocjach, jakie wywołała w nich ta lektura, o tym, jak wielki ból przy niej czuli, ile się napłakali, jak bardzo nie potrafią wyrzucić tej historii z pamięci. I oczywiście, mnie też raz po raz coś ścisnęło za gardło - chociaż, o ironio, wcale nie przy dramatycznych wspomnieniach Jude'a czy przy naturalistycznych opisach jego samookaleczania, a raczej przy nielicznych przebłyskach piękna. Taka np. scena, w której Jude nareszcie pojmuje, że jego adopcyjni rodzice kochają go jak własnego syna, że nie zamierzają go wyrzucić na śmietnik, niezależnie od tego, jak się zachowuje. Albo większość scen z Willemem (to w ogóle moja ulubiona postać i bardzo żałuję, że autorka zrobiła z niego tylko dodatek do cierpiącego głównego bohatera), przyjacielem idealnym, który zdaje się być dla Jude'a jedyną deską ratunku. Ale żebym miała utopić czytnik we łzach czy rozmyślać nad tym, jak okrutne scenariusze potrafi pisać życie? Niewykonalne. Bo ja w świat wykreowany przez autorkę, po prostu, nie wierzę.


Entuzjaści piszą o emocjach, więc niech będzie, też od emocji zacznę. Otóż: ilość tragedii i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (które nawet nie są tu przedstawione jako zbiegi okoliczności!), jakie spadają na głowę młodego Jude'a, jest tak niewiarygodna, że aż śmieszna. Podejrzewam, że silniej przeżyłabym cierpienie głównego bohatera, gdyby z jego młodocianych dramatów wybrać jeden - każdy epizod z jego przeszłości był, sam z sobie, wystarczająco dramatyczny. Tymczasem przy takim natężeniu nieszczęść kolejne historie z przeszłości Jude'a wywoływały we mnie jedynie postępującą znieczulicę. Na zasadzie: aha, kolejny go zgwałcił, i co było dalej? Naprawdę wszyscy mnisi byli gwałcicielami (albo dawali na to milczące przyzwolenie)? Ja wiem, że kościół katolicki ma swoje problemy z pedofilami, ale wszyscy...? Naprawdę świadomie ukrywali w swoich szeregach alfonsa? Naprawdę pedofilami byli też opiekunowie z domu dziecka? A już ucieczka Jude'a z rzeczonego domu dziecka przebija wszelkie granice absurdu: nastoletni Jude postanawia bowiem podróżować autostopem i w zamian oferować mężczyznom swoje usługi. A ci, jako że jesteśmy w uniwersum Yanagihary, skwapliwie z tej oferty korzystają. Dzieciak był w drodze przez, o ile mnie pamięć nie myli, jakieś dwa tygodnie - i naprawdę nie spotkał przez ten czas JEDNEJ normalnej osoby? Czy nawet nienormalnej, ale, no wiecie... Niezainteresowanej uprawianiem seksu z nieznajomym czternastolatkiem? Jednego małżeństwa, które by się przy nim zatrzymało i powiedziało: wskakuj, młody, podwieziemy cię? Cóż za niesłychanie, niewiarygodnie wręcz pechowy zbieg okoliczności. 

A to jeszcze nie koniec. Autorka serwuje nam jeszcze pedofila-psychiatrę, szanowanego prawnika-przemocowca i gwałciciela, nie wspominając już o tym, jak postanowiła zakończyć Jude'owe the happy years. To ostatnie było wręcz niesmaczne: ani to nie było potrzebne, ani urozmaicające fabułę (dodanie do niej paru scen, w których Jude'owi NIE przytrafia się nic strasznego, wyszłoby powieści na dobre...), ani nawet zaskakujące, bo dokładnie tego spodziewałam się już dobre sto stron wcześniej. Taki tani, oczywisty, melodramatyczny chwyt; przez chwilę byłam szczerze zniesmaczona tym, że coś takiego czytam.

Po drugie: wszystko to jest zbyt rozwlekłe, zbyt powtarzalne, zbyt... nudne. A im dalej w las, tym wyraźniej tę powtarzalność widać. Jude się tnie, Andy grozi mu szpitalem psychiatrycznym, Willem próbuje się czegoś dowiedzieć, Jude już-już ma coś powiedzieć, ale jednak nie przechodzi mu to przez gardło, przez jakiś czas próbuje się nie ciąć, ale ostatecznie nie wytrzymuje, przesadza, ląduje w szpitalu, wszyscy załamują nad nim ręce i wymuszają na nim obietnicę, że już nigdy tego nie zrobi; Jude obiecuje, przez jakiś czas daje radę, ale w końcu znowu się tnie, Andy opatruje mu rany i grozi mu szpitalem psychiatrycznym... i tak dalej, i tak dalej. Dekoracje się zmieniają, ale właściwa treść wygląda wiecznie tak samo. Ja rozumiem, że autorka chciała pokazać, że Jude próbuje, ale jego przeszłość zniszczyła go na zawsze, że od hien nie ma ucieczki, ale litości - przez 691 stron?!

Po trzecie: co się tu wyrabia z liczbą homoseksualistów? Czy to jakaś wyssana z mlekiem matki fascynacja yaoi? Słowo honoru, nic do homoseksualstów nie mam, nie rzucam się na nich z okrzykiem "pedał!" i nie mam ochoty ich, jak to niegdyś uroczo ujął jeden z naszych niezastąpionych polityków, "lać pałami", ale realistycznie patrząc - jaki procent populacji mogą stanowić? 5%? Ilu homoseksualistów macie wśród znajomych? Ja czworo. Mogę dorzucić do tego jednego z wykładowców, co do którego mieliśmy określone podejrzenia, i jedną koleżankę, której orientacja pozostaje dla mnie tajemnicą. Łącznie sześcioro. Nie za dużo jak na te tłumy ludzi, którzy przewijali się dotąd przez moje życie. Nawet gdyby założyć, że część z nich się ukrywa, nawet biorąc poprawkę na to, że akcja powieści toczy się z Nowym Jorku... ciągle mówimy o liczbach grubo poniżej 10%. Tymczasem w Małym życiu homoseksualiści są wszędzie. Gejem jest JB, który już na początku wspomina o swojej ciotce i jej partnerce, gejami jest wielu z jego przyjaciół-artystów, bohaterowie idą na imprezę do trzech znajomych lesbijek, Willem jest, zdaje się, biseksualny, nawet nienawidzący seksu Jude sypia jedynie z mężczyznami. Nie wspominając już o całej tej zgrai pedofilów, zainteresowanych li i jedynie chłopcami. Statystyk nie prowadziłam, ale tak na oko homoseksualiści dobijają tu do 50% wszystkich wymienionych postaci. W pewnym momencie Willem stwierdza wręcz wprost, że każdy kiedyś uprawiał seks z osobą tej samej płci, on w każdym razie nie zna nikogo, kto nie miałby za sobą tego doświadczenia. Poważnie? Gdzie toczy się akcja Małego życia? W Yaoilandzie...?

(A jednocześnie większość tych homoseksualistów jest tu kompletnie nieistotna, pojawia się tylko jako wzmianka w dyskusji, w najlepszym wypadku przewija się smętnie gdzieś w tle. To by było tyle na temat great gay novel).

Image result for jude st francis
Źródło
Po czwarte: coś tu jest bardzo nie w porządku z konstrukcją powieści. Zaczyna się jako opowieść o losach czterech przyjaciół, poznajemy dość szczegółowo ich dotychczasowe życie i problemy... Tylko po to, by porzucić trójkę z nich i całą energię skupić na Judzie? Najwyraźniej widać to w przypadku Malcolma. Kim w ogóle jest Malcolm? Jaka jest jego rola w życiu pozostałych bohaterów poza byciem uznanym architektem i projektowaniem dla nich pięknych mieszkań/domów? Po co było nam czytać o jego problemach z tożsamością, skoro dla samej autorki są one ewidentnie nieistotne? Może w trakcie pisania Yanagiharze zmieniła się koncepcja powieści, ale w takim przypadku mamy tu do czynienia ze sporym redaktorskim bublem.

Po piąte: Jude jako bezwzględny prawnik. Mam jedno pytanie: jak? Jak taki człowiek - złamany, niestabilny emocjonalnie, głęboko przekonany o własnej bezwartościowości - przemienia się w chłodnego, beznamiętnego profesjonalistę, i to takiego z gatunku gdybym go nie znał, pomyślałbym, że musi być niezłym dupkiem? Jakim cudem Jude (przypomnę: człowiek, który i tak znajduje się już na granicy choroby psychicznej) nie dostaje od tego rozdwojenia jaźni? Przyznaję, przez pewien czas myślałam, że to ciekawy zabieg, ale im lepiej poznawałam psychikę Jude'a, tym bardziej nieprawdopodobne mi się to wydawało. Człowiek, który próbuje zagłodzić się na śmierć, ale jednocześnie z kamiennym spokojem niszczy przeciwników na sali sądowej? Jak, gdzie?

I po szóste i najważniejsze: Małe życie niczego nie wniosło do mojego własnego małego życia. 691 stron i ani jednej zakładki, ani jednego podkreślonego cytatu; ani jednej oryginalnej myśli, którą uznałabym za wartą zapamiętania. Na sześciuset dziewięćdziesięciu jeden stronach (!!!). Sądząc po wywiadach z autorką, ono nawet nie MIAŁO niczego wnieść; Yanagihara postawiła sobie za cel stworzenie literackiego "odwróconego ombre", historii, która zaczyna się pogodnie, stopniowo robi się coraz bardziej mroczna, a kończy tragedią. Małe życie miało z założenia zadać czytelnikowi jak najwięcej bólu. A to, po pierwsze, uważam za mało szczytny cel, a po drugie - cóż, to po prostu widać. Cierpi na tym realizm (czy raczej: prawdopodobieństwo) powieści i jej ogólna jakość. Nie mówiąc już o tym, że w moim przypadku misja autorki spaliła na panewce. Za dużo było tych nieszczęść, za bardzo to wszystko było niezamierzenie absurdalne. I - może nie powinnam tego pisać, może wynika z tego, że jestem okropnym, bezdusznym człowiekiem, ale od pierwszej próby samobójczej Jude'a słyszałam w głowie głos pewnego youtubera streszczającego Cierpienia młodego Wertera: Werter umiera. I całe szczęście, bo nie wiadomo, ile by to jeszcze trwało.

2 komentarze:

  1. swietna recenzja, dzieki! rozsadna, poukladana i "niepoprawna politycznie". W przemoznym nawale zachwytow nad ta ksiazka, ktora mnie mocnao znudzila i zmaczyla, tak ze nie doczytalam konca, milo uslyszec ze istnieja opinie podobne do mojej. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :). Tak, w tym nawale zachwytów nad "Małym życiem" miło jest odnaleźć innego odszczepieńca, którego pani Yanagihara nie zachwyciła. Myślę, że byłabym mniej zirytowana tą pozycją, gdyby nie atakowała mnie ze wszystkich list bestsellerów i z wystawy każdej mijanej księgarni... Bo absolutnie nie uważam, żeby to była najgorsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam - ale ten hype na "Małe życie" wymusza we mnie coś na kształt mechanizmu obronnego.

      Usuń

Related Posts with Thumbnails